środa, 20 sierpnia 2014

Rozdział piętnasty



Zayn
Umówiłem się z Daphne na sobotę. Mieliśmy pójść razem do wypożyczalni, w której pracowała Kath i ja miałem poczekać pod drzwiami, a Daphne miała iść z nią pogadać. Nie wiem, jak to miało wyjść, ale miałem wielką nadzieję, że wszystko się naprostuje.
Tak więc o 13 czekałem na Daphne pod galerią handlową, nerwowo przechadzając się w kółko i kończąc kolejnego papierosa. Cholera, ten nałóg kompletnie mnie wykończy, do tego mój portfel. Ale nie mogę nic poradzić na to, że tytoń tak mi smakował. Poza tym, bardzo lubiłem zaciągać się fajką, bo było to relaksujące, przynoszące ulgę w chwilach wysoko stresujących. Jednakowoż, nikomu nie polecam pakować się w takie gówno. Ja już nie potrafię się z tego wyrwać... I nie chcę.
Stałem więc tak i czekałem, aż w końcu ktoś znajomy mignął mi przed oczami. Zaciągnąłem się fajką i przyjrzałem twarzy znajomego mężczyzny. Był to nikt inny jak ojciec Harry'ego z ... No właśnie, to nie była pani Styles. Des musiał mnie zauważyć, bo speszył się i dyskretnie schował się za platynową blondynką, z którą szedł za rękę. Harry nigdy nam nie powiedział, że jego ojciec ich zostawił i zawsze ukrywał ten fakt przed nami, nie wiem dlaczego. Widocznie nieźle się wstydził, że jego ojciec poszedł w długą za takim kurwiszczem. Poważnie, nawet ja bym jej osranym patykiem nie tknął. Kiedy zostali sami Mama Styles zadzwoniła do naszych rodziców, do wszystkich, i powiedziała o tym, potem dowiedzieliśmy się my. Jednak z ust Hazzy nigdy nie padły słowa "mój ojciec nas zostawił". My też nigdy nie mieliśmy mu tego za złe, to zawsze był dość drażliwy temat, tzn takim się wydawał.
Za chwilę ujrzałem na horyzoncie Daphne, to znaczy czarną plamę nadchodzącą wielkimi krokami. Wyglądała jak szara mysz, domyślałem się, że chciała w ten sposób przekazać Kath, że nie jest dla niej konkurencją. W między czasie Des przemknął obok mnie, ale odwróciłem się za nim i trzymając peta w gębie zaczepiłem mężczyznę.
-Dzień dobry, panie Styles. -powiedziałem z zawadiackim uśmiechem. - Na zakupki się wybrało?
-Oh, Zayn! Nie zauważyłem cię. -zaśmiał się nerwowo przystając i chowając ręce do kieszeni, jego "kobieta" spojrzała na mnie natarczywym wzrokiem, ale nie dałem się jej gałą z kurwikami w oczach i w rezultacie chwilę później zaczęła spierdalać. - Co tam u ciebie słychać?
W tamtej chwili doszła do mnie Daphne i zmarszczyła brwi patrząc na Desa. Ona też go znała, przecież się kumplowaliśmy długi czas, ale chyba nie zrozumiała, że tamto to jego kochanka.
-Nic ciekawego, o czym mógłbym z panem porozmawiać. -rzuciłem oschle i opuściłem kiepa na chodnik, po czym zdeptałem go butem.
Facet chyba zajarzył i prędko wycofał się z mojego zacięgu dłoni. Tak, byłbym zdolny coś mu zrobić, bo może i jestem agresywny, chamski, zawadiacki i traktowałem laski przedmiotowo, ale zdrady nawet dla mnie są czymś niedopuszczalnym, tym bardziej jeśli rozchodzi się o rodzinę mojego kumpla. No bo jak już się ma żonę i rodzinę to trzeba ogarnąć dupę, walczyć o małżeństwo. Kurwa, ja nawet o głupie chodzenie walczę do upadłego! Chyba po prostu wierzę, że Kath jest mi pisana.
 - To wchodzimy? -zapytałem Daphne szybko zapominając o Desie.
-Taaa... Jak dobrze, że nie ma wielu ludzi. Ja taka nieumalowana i zwykła... -powiedziała wchodząc przez rozsuwane drzwi. - Oby ta twoja Kath była dzisiaj wystrojona.
Nic nie odpowiedziałem, tylko posłusznie szedłem za dziewczyną. Więc moje przypuszczenia się potwierdziły, że wygląda na zwykłą celowo. Przyznam, że mi to zaimponowało, bo "stara" Daphne nigdy by z domu nie wyszła z niepomalowaną paszczą. Wjechaliśmy na piętro ruchomymi schodami i skierowaliśmy się do wypożyczalni. Z każdym krokiem byłem co raz bardziej zestresowany, do tego ręka bolała pulsacyjnie do tego stopnia, że czułem to nawet w nogach. Daphne zatrzymała się parę metrów przed wejściem i popatrzła na mnie.
-Siądź na tamtej ławce, a ja wejdę. W razie czego cię zawołam.
-Ale...
Nie czekając na to, co chcę powiedzieć, obróciła się na pięcie i weszła do sklepu. Poczerwieniałem na twarzy ze stresu oraz minimalnego gniewu spowodowanego ignorancją dziewczyny i wsadziłem dłoń głęboko w kieszeń jeansów, bo już sam nie wiedziałem co mam z nią zrobić. Zgarbiłem się lekko, rozejrzałem szybko po okolicy, na szczęście nie widząc nigdzie Desa i jego "lasi", skierowałem się na wskazaną ławeczkę, nie miałem zamiaru sterczeć jak kołek na środku korytarza. Ludzi była zaledwie garstka, ale to pewnie dlatego, że niedługo "galeria" miała być zamykana. Wszyscy pędzili przed siebie niosąc torby z zakupami, nie czekając, nie przystając, nie myśląc. Czyż to nie straszne? Ja robiłem tak samo, z wyjątkiem tamtej chwili. Siedziałem i rozmyślałem, czekałem. Bałem się... Miałem wielką nadzieję, że Daphne uda się przekonać Aniołka co do tego, że nic między nami nie zaszło. Ta dziewczyna, a mówię tu o mojej ex, zadziwiała mnie z każdym momentem, aż miałem wyrzuty sumienia, że tak chamsko na początku ją traktowałem. Ale, kurwa, czy można mi się dziwić? Ona była dla mnie kiedyś jak teraz Aniołek. Byłem zdolny zrobić dla niej wszystko, a ona mnie zostawiła. Dlatego nie chciałem, aby historia zatoczyła koło, wiedziałem, że będę walczyć o Katherine całym sobą, choćbym miał kogoś zabić.
Nerwowo podrygiwałem nogami, co było tylko dowodem na to, że mnie nosiło. Chciało mi się zapalić kolejnego papierosa, ale w środku nie można jarać, bo ochroniarze mogą wypierdolić każdego na zbity pysk. Czas mi się dłużył, 5 minut siedzenia na tej jebanej ławeczce było wiecznością czekania, do tego bez peta. Byłem niesamowicie mocno w dupie.
I nagle, ku mojej uciesze, ze sklepu wyszła Daphne. Podniosłem się, a ona przystanęła i zawołała mnie gestem ręki, abym podszedł. Tak więc mało co nie paląc za sobą kafelek, podtruchtałem do dziewczyny i prawie jej nie stratowałem pytaniami. Zgasiła mnie uniesioną, wyprostowaną dłonią.
-Chce cię widzieć. -powiedziała spokojnie i weszła z powrotem do sklepu.
Wziąłem wdech i poszedłem za nią, szykując się na złapanie byka za rogi. Byłem zdenerwowany, ale również zdeterminowany i nie zamierzałem łatwo się poddać. Przeszliśmy obok regałów i za jednym zastałem Kath, przestawiała jakieś płyty, ubrana była w swój sklepowy uniform, uczesana w koka. Jej osoba po raz kolejny olśniła mnie, uderzyło mnie to, jak bardzo jej potrzebuję.
-Kath! -niemalże krzyknąłem stając blisko niej.
Szybko zrobiła krok w tył, patrząc na mnie wielkimi oczami. Czyli nadal nie było tak, jak chciałem, żeby było. Spojrzałem na Daphne stojącą obok, ale nie znalazłem w jej twarzy odpowiedzi.
-Nadal mi nie wierzysz? -spytałem zrezygnowany.
-Myślałeś, że uwierzę, kiedy twoja była tu przyjdzie i zacznie nawijać mi makaron na uszy? -prychnęła i przestąpiła z nogi na nogę. - Nie jestem aż tak głupia!
-Aniołku, kurwa, jaki Daphne miałaby w tym interes? -uniosłem dłonie na wysokość klatki piersiowej i mocno nimi gestykulowałem. - Skoro rzekomo zdradziłem cię z nią, to dlaczego ona wyjaśnia ci sytuację z klubu i dlaczego ja uporczywie chodzę za tobą?
-Nie wiem, może właśnie ty mi to wyjaśnisz? -bąknęła.
Poczułem bezsilność. Daphne wyjaśniła jej całą sytuację, a ona nadal ma z tym jakiś problem? Co ja jeszcze miałem zrobić, do chuja pana, żeby mi uwierzyła?
-Nie wierzysz mi? -pokręciła głową. - Czyli mnie nie kochasz... Nigdy mnie nie kochałaś. - jej mina zżedła, pobladła.
-Kochałam... cię... -zawiesiła głos i nerwowo spojrzała na Daphne.
Wtedy szybko spuściła głowę i zmieszana odwróciła się do mnie plecami, zaczęła uciekać przede mną, ale nie miałem zamiaru jej puścić. Kocha mnie, wiem to! Podbiegłem do niej i złapałem za ramię.
-Stój.
-Zayn, kochasz mnie? -zapytała odwracając się do mnie.
-Tak, kocham!
-To daj mi odejść... -w jej oczach zalśniły łzy, tak mocno jakby zaraz miała się popłakać.
-Wiesz, że nigdy tego nie zrobię. -mocniej zacisnąłem palce na jej ręce, by mi nie uciekła.
-A powinieneś. -powiedziała spokojnie i sięgnęła do mojej dłoni, rozluźniła mój uścisk i chwilę trzymała moją rękę w dłoni, ale szybko ją puściła. - Daj mi odejść, bo nie ma sensu tego ciągnąć. Sprawiłeś, że przestałam ci ufać, co spowodowało też, że... Przestałam cię kochać. -widząc moje niedowierzanie na twarzy zamrugała parokrotnie powstrzymując łzy. - Musisz mnie zostawić i żyć dalej. Przepraszam, Zayn.
Patrzyła mi w oczy i widziałem, że mówi prawdę. Naprawdę mnie już nie kocha. Znowu zostałem sam. Aniołek jeszcze spojrzała na Daphne i machnęła jej dłonią, po czym nie patrząc na mnie, odwróciła się i odeszła. Gdy to zrobiła powietrze zeszło ze mnie jak z dmuchanej lali i oparłem się bokiem o regał. Zaraz przy mnie pojawiła się Daphne i klepła mnie parę razy po ramieniu, nic nie mówiąc po chwili odeszła. Chcąc, niechcąc, musiałem zrobić to samo. Nie wierzyłem, że zostawiła mnie naprawdę... Czekała mnie powtórka z rozrywki, ale tym razem nie miałem zamiaru się załamywać jakoś przysadnie mocno. Może znowu się napiję.


Louis
Nie wiem, dlaczego się na to pisałem, ale... Nie mogłem odmówić, kiedy Erin do mnie zadzwoniła. Myślałem, że to żarty i w sumie szybko zapomniałem o propozycji dziewczyny. A ona do mnie w piątek wieczorem, że jutro idziemy na tą podwójną randkę! Podobno Vincent ma przemiłą koleżankę Lily, która z chęcią mnie pozna. Szczerze mówiąc to naprawdę mocno się ucieszyłem.
Załatwiłem sobie transport w postaci Taty, odwaliłem się przy pomocy wszystkich kobiet w domu i... dostałem przepustkę od Mamy. Umówieni byliśmy na 18 w Chilli. Z niecierpliwością oczekiwałem tej godziny, bo w końcu mogłem gdzieś wyjść, wyrwać się z domu, w którym się dusiłem. Zawsze wszyscy się do mnie zwalali, bo ja nie mogłem nigdzie wyjść. Nie to, że nie byłem w stanie, tylko Mama trzęsła dupą o mnie i zabraniała mi gdziekolwiek wychodzić. Powiedziała:
-Louis, dopóki jeździsz na wózku nigdzie sam nie wychodzisz. Z protezą, na kulach - oczywiście.
Tak, tylko, że proteza miała być dopiero za półtora miesiąca, a na kule jeszcze byłem za słaby. Poza tym będę się uczyć chodzić jakieś dwa albo trzy miesiące. Mama dała się przekonać tym, że Erin miała być na miejscu i miała mnie pilnować. Zapomniała, że to podwójna RANDKA i że Erin będzie tam z Vincentem, a nie ze mną. Ale nie miałem wcale zamiaru jej o tym przypominać. Musiałem powoli urabiać Matulę, jeśli chciałem gdzieś wyjść. Nie będą mi się wiecznie gamonie zwalać do domu.
Tato pomógł mi wysiąść z samochodu pięć po osiemnastej, dalej już nie chciał mi przeszkadzać, dlatego ku mej radości sam wjechałem do lokalu. Miałem mały problem z otwarciem oszklonych drzwi, ale ostatecznie dałem sobie radę i to dość szybko. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, podziwiając estetyczne wnętrze, zielone ściany z czarnymi i białymi wstawkami, napisami i rysunkami papryczek chili. Muzyka przyjemnie grała w tle innaczej, niż MTV w telewizorze na ścianie, ale z tego akurat się cieszyłem, bo na MTV zawsze leci hała. Po chwili zauważyłem Erin, a zaraz obok niej Vincenta. Siedzieli przy ścianie, dziewczyna bokiem, a chłopak był obrócony plecami do wejścia. Był ubrany w garnitur bez krawatu, białą koszulę miał rozpiętą, a czarną marynarkę zapiętą na jeden guzik. Byłem przy nim niczym szara mysz, ubrany w jeansy, czarny T-Shirt, z zarzuconą na grzbiecie ocieplaną kataną. Wiem, że to randka, ale Chilli to nie jest elegancki klub, bar, cokolwiek, więc Vincent też się wstrzelił jak między poślady krowy. Erin natomiast była ubrana idealnie. Miała na sobie białą sukienkę, taką w kształcie za dużym, nie wiem jak to się mówi po dziewczęcu, a na środku tej sukienki wyszyty był czarny krzyż. W tym stroju mogła i wyjść na dyskotekę, jak i pójść na kawę do kawiarni.
Westchnąłem i podjechałem do ich stolika. Dziewczyna z szerokim uśmiechem wstała z krzesła, gdy tylko mnie zobaczyła. Vincent już nie był tak radosny. Sparaliżował mnie zimnym spojrzeniem swoich zielonych oczu i szybko przeczesał czarne włosy długimi palcami. Z jakiegoś powodu poczułem, że mnie nie lubi. Jednak zignorowałem to uczucie i skupiłem się na Erin, która już trzymała mnie w swoich ramionach.
-Cieszę się, że cię widzę, Lou. -powiedziała wesoło odsuwając się ode mnie. - Chcesz usiąść na krześle, czy...?
-Wydaje mi się, że na wózku dosięga do stołu. -wtrącił się Vincent oschle.
Nienawidzi mnie. Ale za co? Spojrzałem na gościa starając się ukryć zniesmaczenie, nie wiem czy mi się to udało.
-Vinc, przestań! -Erin skarciła chłopaka jak psa.
-Nie, nie, spoko. -uśmiechnąłem się. - Faktycznie dam radę siedzieć na wózku przy stole.
Rozmowa w ogóle nie była sympatyczna. Vincent co chwilę posyłał mi wygórowane spojrzenie, do tego wszystko, co mówił miało na celu poniżenie mnie. Jednak ja nie chciałem być zły, chciałem, żeby wszystko było fajnie. A Lily miała przyjść spóźniona jakieś pół godziny. Cholera.
-Czym się zajmujesz, Vincent? -zapytałem biorąc w obie ręce filiżankę z herbatą, którą zamówiłem.
-Mam swój własny biznes. -odparł od niechcenia popijając drinka. - Oczywiście też studiuję, razem z Erin. -mówiąc to spojrzał na dziewczynę i uśmiechnął się do niej. - A ty czym się zajmujesz?
-Pomagam... Rodzicom w prowadzeniu knajpy. -powiedziałem ciszej, niż zamierzałem. - Ale teraz to nie bardzo mam możliwości...
-No nie dziwię się. -odparł z przekąsem. - Ile masz lat? 20?
-W tym roku skończę 21.
-No widzisz. Ja mam 24 lata, a już czuję się jak pan świata. -zaśmiał się w głos i objął Erin, która lekko się uśmiechnęła.
Wcale nie było mi do śmiechu. Ponownie poczułem się jak gówno, akurat w momencie, w którym powoli odbijałem się od dna. Miałem ochotę wyjść, wcześniej plując Vincentowi w twarz... Nie, nie, ja chciałem po prostu stamtąd wyjść. Na szczęście w drzwiach stanęła wysoka blondynka z włosami do ramion, ubrana bardzo elegancko, z szerokim uśmiechem na twarzy. Zobaczyła nas i ruszyła ku nam, lecz z każdym krokiem jej uśmiech malał, aż w końcu całkowicie zniknął.
-Hej Li. -Vincent wstał i przywitał się z dziewczyną pocałunkiem w policzek.
-Cześć, cześć... -odpowiedziała niemrawo i popatrzyła na mnie. - To ten chłopak, o którym mówiłeś? Z nim mam teraz siedzieć na randce?
-Tak. -bąknąłem marszcząc brwi i czując się co raz gorzej.
-Vincent, dlaczego nie powiedziałeś mi, że twój kolega jest kaleką? Nie będę się umawiać z inwalidą.
Zabolało. Oj, zabolało... Poczułem się jakby Lily wbiła mi nóż w serce. Spuściłem lekko głowę na klatkę piersiową i zaśmiałem się cicho, po czym spojrzałem na Erin, która siedziała z otwartymi ustami i wpatrywała się we mnie.
-Erin, nie mówiłaś mi, że twój chłopak to skończony palant, a jego koleżanka to pizda do jebania.
Usłyszałem tylko jak się oburzyli, jak zaczęli mi wygrażać, ale nie przejąłem się tym. Chciałem tylko wyjść z tego baru i zadzwonić po ojca, żeby po mnie przyjechał. Albo nie, chciałem zaginąć gdzieś w drodze powrotnej. Wszyscy by się cieszyli.
Zimny wiatr uderzył w moją rozgrzaną twarz przynosząc minimalną ulgę, kiedy wyjechałem z pomieszczenia. Dłońmi popychałem koła wózka jak najszybciej mogłem, byleby tylko znaleźć się daleko od tego miejsca. Wiem, że musiałem żałośnie wyglądać- taki kaleka nie może wyjść skądś z dumą, tylko będzie popierdalał na tym zajebanym wózeczku jak idiota.
-Louis! -usłyszałem za sobą Erin. - Zaczekaj!
Ale ja nie chciałem czekać, nawet na Erin. Po prostu jechałem na tym wózeczku jak jakaś ofiara skończona, byleby tylko znaleźć się za rogiem i magicznym sposobem zniknąć w czasie i przestrzeni. Nagle koła mi się zablokowały, poczułem szarpnięcie i wózek stanął. Odwróciłem się lekko w tył i zobaczyłem, że Erin trzyma rączki wózka mając mocno zaciśnięte wargi w jedną linię.
-Erin, a ty znowu co odwalasz? -Vincent stał przy drzwiach Chilli, a zaraz za nim Lily. - Zostaw go, wracaj do nas.
-Nie mogę! -krzyknęła i pchnęła wózek do przodu.
-Chyba nie masz zamiaru pójść z NIM?
Erin nie odpowiedziała, nastała cisza. Patrzyłem na profil jej twarzy, jak mocno zarysowała jej się żuchwa przez silny ścisk zębów.
-Wiesz dobrze, co teraz powiem, prawda Erin? -Vincent uśmiechnął się cwanie, tak lekko i chamsko, jednak olśniewająco bosko w wydaniu eleganckiego dupka.
-Tak, wiem. -kiwnęła głową.
-Wybieraj: ja albo on. Nie po raz pierwszy to przerabiamy, Skarbie.
Co? Czyli jednak był o mnie zazdrosny! Nie wiem na jakiej podstawie, skoro w jego mniemaniu jestem kaleką i gówno wartym człowiekiem, ale to by wyjaśniało to, jak się do mnie odnosił. Czyżby taki facet jak Vincent czuł zagrożenie ze strony faceta takiego jak ja? Przecież to jest śmieszne. Ale chyba tylko ja tak uważałem.
-Masz rację, nie po raz pierwszy. Ale wiesz co? Po raz pierwszy powiem: pierdol się. -mówiąc to wystawiła Vincentowi środkowy palec i ruszyła szybko pchając mój wózek.
-Erin, wracaj tu! -Vincent krzyknął, ale Erin nie zareagowała. - Wracaj!
Ignorowała to, jak za nią wołał i błagał, by wróciła. Szła w ciszy i popychała mój wózek, chociaż wcale jej o to nie prosiłem, ani nie chciałem, by ze mną szła. Ja bym się nie obraził, gdyby poszła z Vincentem, przecież to jej chłopak... Cóż, chyba już były. Skręciliśmy w lewo, w jakąś uliczkę i wtedy zatrzymaliśmy się. Wyciągnąłem telefon, aby zadzwonić do Taty, ale zanim to zrobiłem popatrzyłem na Erin, która nerwowo przygryzała skórki paznokci prawej dłoni.
-Nie musiałaś ze mną iść. -powiedziałem zerkając to na nią, to na telefon.
-Nie zrobiłam tego dla ciebie. -odpowiedziała dość chamsko. - Miałam go już dość. Ale nie rozmawiajmy o tym, ok?
Nie odpowiedziałem, tylko wybrałem numer Taty i przyłożyłem komórkę do ucha. Nie wiem, czemu była taka niemiła dla mnie, skoro to Vincent odwalił manianę. Jednak nie mogłem nic powiedzieć, nie chciałem pogłębić dziewczynie doła, którego na pewno miała, tylko nie chciała się przyznać. Tato przyjechał po 10 minutach, a czekaliśmy w ciszy pełnej napięcia. Erin pomogła Tacie zapakować mnie do samochodu, a potem ruszyliśmy.
-Odwieźć cię do domu? -spytałem spoglądając na jej profil.
-Nie...
-To do jakiejś koleżanki? -dopytywałem. - Tato podrzuci cię, gdzie tylko chcesz.
-Lou, ja nie mam koleżanek. Nie mam kolegów. Nie mam nikogo, komu mogłabym zaufać. -szepnęła pochylając się do mnie. - Mogę nocować u ciebie? Proszę...
-Tato? Nie będziecie mieć nic przeciwko, kiedy przygarnę Erin?
-Synu, ty jeszcze pytasz o takie rzeczy? -popatrzył w wewnętrzne okienko i uśmiechnął się do mnie, co odwzajemniłem.
Prawda była taka, że ja, chyba tak samo jak Erin, potrzebowałem jej towarzystwa. Ale w przeciwieństwie do niej, ja mogłem zawsze zadzwonić do kogoś z mojej paczki i dostałbym wsparcie, jednak... to Erin była świadkiem zmieszania mnie z błotem, tak samo jak ja byłem świadkiem jej rozstania. Byliśmy na siebie skazani.
Będąc już w moim pokoju uzgodniliśmy, że ja będę spać na materacu na podłodze, a Erin na moim łóżku. Początkowo się zapierała, chciała spać na materacu, ale jak to tak? Gość na podłodze, do tego kobieta? Kaleka czy nie, nadal byłem dobrze wychowany i wiedziałem, co zrobić w danej sytuacji. Dałem dziewczynie świeżą pościel, aby sobie zmieniła, a sam postanowiłem pojechać do Lottie po jakąś piżamę. Lottie była najstarsza, więc doszedłem do wniosku, że będzie miała jakieś ubranie, w które zmieści się drobna Erin. Dostałem różową piżamę z Kubusia Puchatka oraz dużo podejrzanych spojrzeń i poruszań brwiami. Te dzieci tak szybko dorastają, że w mig potrafią rozróżnić różne konteksty. Kiedy wjechałem z powrotem do pokoju Tato dymał materac i właśnie kończył, a Erin siedziała skrępowana na łóżku bawiąc się swoimi palcami.
-Dzięki Tato. -powiedziałem i klepnąłem Ojca w ramię. - Przyda mi się jeszcze tylko kołdra i poduszka.
-A coś do jedzenia chcecie? -zapytał wstając.
-O to już ja zadbam. -uśmiechnąłem się i odprowadziłem ojca do drzwi.
Poczekałem, aż je zamknie i dopiero wtedy popatrzyłem na Erin.
-Jest dopiero 20, co byś chciała porobić? Jakiś film? Komputer? Nie wiem.
-Jestem strasznie zmęczona. -odpowiedziała przecierając twarz dłonią. - Najchętniej teraz bym wskoczyła w piżamę i poszła spać. Przepraszam.
-Spoko, spoko. Trzymaj. -rzuciłem jej różową piżamkę i uśmiechnąłem się. - Ważne, żebyś dobrze się czuła. Tak więc idziemy w kimę!
-A jak ty się czujesz? -spytała wstając z łóżka i podchodząc do mnie. - Ten gnojek przegiął i to na całej linii, trochę się martwię o ciebie.
-Przecież to ty tutaj masz złamane serce. Ja już jestem przyzwyczajony do poniżania, wyzwisk i takich tam. Idź do łazienki, ja się przebiorę tutaj.
Dziewczyna kiwnęła głową i wyszła. W tym czasie ja przebrałem się w swoją piżamę, na którą składała się koszulka z Adidasa i bokserki, później też ułożyłem się na materacu pod kołdrą, którą przyniósł mi Tato. Godzinkę później leżeliśmy już w ciemnym pokoju, słuchając radia, bo Erin nie może zasnąć w ciszy, kiedy jest zestresowana. Było mi ciepło i miło, mimo, że dziewczyna przez większość czasu milczała i nie chciała nic mi powiedzieć, do tego poszła tak wcześnie spać, ale fajnie było nawet w takiej postaci z nią pobyć. Chyba mogłem nazwać ją swoją przyjaciółką, najlepszą zaraz przy Carrie i Sky. Już powoli zasypiałem z uśmiechem na mordzie, odpływałem wśród przyjemnej akustycznej muzyki lecącej z radia, gdy to usłyszałem Erin.
-Lou, śpisz?
-Nooo... -jęknąłem i otworzyłem oczy, by popatrzyć przez ciemność w biały sufit. - A coooo?
-Przyjdziesz do mnie? Tutaj, do łóżka?
-Erin, co ty mi tu insynuujesz? -gwałtownie podniosłem się na łokciach i nieprzytomnie popatrzyłem w lewo, na swoje łóżko.
-Nie chce uprawiać z tobą seksu, palancie. -zaśmiała się dość głośno, ale szybko się powstrzymała. - Po prostu cię tu potrzebuję.
Podniosła się do siadu, a ciemne włosy padły na jej ramiona, różowa piżama nadała dziecięcego uroku. Wyglądała całkiem inaczej niż za dnia, bez makijażu, z niewymodelowanymi włosami, tak niewinnie i młodo. Westchnąłem lekko i zsunąłem się z materaca. Wyglądałem przynajmniej przekomicznie pełznąc dwa metry po podłodze, ale Erin się nie śmiała, nawet mi pomogła podnieść się z paneli i wejść na łóżko. Nie ukrywając szerokiego uśmiechu, dziewczyna położyła się od ściany, dosłownie kokosząc się w kołdrze. Obserwowałem ją chwilkę śmiejąc się, bo wyglądała jak mała dziewczynka ciesząca się z nowej pościeli.
-Teraz nie zasnę przez ciebie. -powiedziałem kładąc się na plecach.
Moja lewa, ucięta noga była od strony Erin. Czułem się dość dziwnie, niezręcznie, kiedy mój kikut dotykał jej zdrowych nóg. Ale jej to nie przeszkadzało, ba, nawet mocno do mnie przylgnęła. Ręką objęła mój tors, głowę położyła na moim ramieniu, a nogi wplotła między moje, nie przejmując się moją amputowaną nogą. Ta cała sytuacja była dziwna, przynajmniej dla mnie, bo czułem skrępowanie.
-Vincent mnie nie kochał. -szepnęła w pewnym momencie. - Byłam dla niego seks zabawką, tylko zabawką.
-Co ty opowiadasz? -zrobiło mi się żal dziewczyny, dlatego objąłem ją ramieniem i pogładziłem po plecach. - Na pewno tak nie było.
-Było. Nigdy mnie czule nie przytulał, nie patrzył długo w oczy, nie bawił się moimi włosami. -pociągnęła nosem i zakryła dłonią swoją twarz, tym samym chowając się bardziej w moim ramieniu. - Po takich małych rzeczach widać, czy jest się dla kogoś ważnym, czy nie.
-Może po prostu w inny sposób okazywał ci swoją miłość?
W odpowiedzi tylko prychnęła, co było wystarczające. Tak więc Erin przez chyba (bo nie jestem pewny) 3 miesiące męczyła się w takim związku i dopiero taka akcja zmusiła ją do podjęcia dycyzji. To przykre i współczuję jej, że musiała wpaść w ramiona takiego gnojka. Ale w końcu to ja jej poradziłem, żeby dała się pokochać jakiemuś chłopakowi... No cóż, Vincent jej nie pokochał. Dlaczego, do cholery?!
-Przy nim zawsze musiałam być piękna i poważna, bo on taki był. A wiesz co było najlepsze? -podniosła się lekko na łokciu i popatrzyła na mnie zapłakanymmi oczami. - Nie potrafił zrozumieć, że moim obowiązkiem była praca z tobą. Oczywiście, później się z tobą zaprzyjaźniłam i spotykaliśmy się między sesjami rehabilitacji, co było na niego płachtą jak na byka. Był o ciebie niesamowicie zazdrosny. A jednocześnie on miał dużo koleżanek, z którymi przytulał się na moich oczach i ja nie miałam prawa nic powiedzieć. -westchnęła i z powrotem się położyła. - Tak czy siak ciągle były kłótnie. Dzisiaj miałam idealny powód do pierdolenia go, niestety powód kosztem twojego samopoczucia. Nie chciałam, żeby tak wyszło, bo też chciałam, żebyś miał fajną randkę... Przepraszam cię, Lou, z całego serca.
-W porządku. -przymrużyłem oczy i wziąłem głęboki wdech. - Ważne, żeby teraz wszystko ułożyć i żeby było po staremu.
-Louis. -ponownie podniosła się na łokciu i ocierając policzki z łez uśmiechnęła się. - Dziękuję, że jesteś moim kumplem. Czasami cieszę się, że dane mi było cię poznać, chociaż wolałabym, żebyś był cały, zarówno fizycznie, jak i psychicznie.
-Oj przestań Erin, bo zaraz się popłaczę. -zaśmiałem się. - Kładź się już spać, bo też jestem zmęczony.
Pokiwała głową w ciemności i położyła się. Chwilę później wyszeptała "dobranoc" i już więcej się nie odzywała. Jak wcześniej powiedziałem, nie zasnąłem tak od razu. Słuchałem radia i patrzyłem w sufit, podczas gdy Erin usnęła i wciąż wtulona we mnie lekko oddychała. Chyba wprawiła mnie w jeszcze większe zakłopotanie, niż samo położenie się z nią do łóżka. Nie pamiętałem już tego, jak Vincent z Lily zlali na mnie ciepłym moczem, a tak w ogóle to przestało mnie to w ogóle interesować i miałem to gdzieś. Nie potrafiłem się przejmować takim sukinsynem, ale to tylko wyszło mi na dobre. Gościu w radiu brzdąkał na gitarze i śpiewał coś o miłości, o zgrozo, jeszcze tego mi brakowało. Zakochania się w Erin! Powinienem zapoznać ją z jakimś moim kumplem to wtedy miałbym pewność, że Erin jest w bezpiecznych ramionach, a i ja byłbym dalej spokojnym singlem. Zamknąłem oczy i starając się już nie rozmyślać zasnąłem.


Skylet
Wczoraj zadzwoniła do mnie Carrie i powiedziała, że wczoraj Kath zerwała z Zaynem tak już na zawsze i na poważnie. Trochę mi zrobiło się przykro chłopaka, przecież to mój przyjaciel, ale widocznie tak miało być i Katherine nie jest tą, z którą spędzi reszte życia. Teraz trzeba było tylko zadbać o to, by Zayn nie odpierdolił czegoś takiego, jak ostatnio. Na pewno ma doła i nie chce z nikim gadać, ale chuj tam z tym i tak zaciągniemy go na jakieś piwo, żeby sam nie siedział. Moja przyjacióła brzmiała dość dziwnie, jednak nie chciała przyznać się dokładnie o co jej chodzi. Mimo tego, ja przeczuwałam, że coś jestnie tak, taki kobiecy instynkt nie dawał mi spokoju. Powiedziała, że zaprasza nas w poniedziałek do siebie, tak na pogaduchy i żebym powiedziała Harry'emu. Po tym, jak rozłączyłam się z Carrie, ku mojemu zdziwieniu, zadzwoniła do mnie teściowa, czyli Mama Harry'ego. Powiedziała, żebym przyszła do nich dzisiaj (wczoraj to było jutro) i żebym zabrała ze sobą strój kąpielowy i ręcznik. Nie wiem co tam ona znowu wymyśliła, ale zgodziłam się i podziękowałam za zaproszenie. Powiedziała też, że postanowiła nas gdzieś zabrać z okazji jej urodzin, które odbędą się w najbliższym czasie.
Przyszłam trochę wcześniej, niż zostało umówione, ponieważ chciałam jeszcze trochę czasu spędzić z Harrym... Zapukałam przewieszając torbę, w której miałam strój z ręcznikiem, na prawe ramię. Otworzyła mi Gemma... w piżamie. Serio? O 15 w piżamie?
-Co ty odwalasz? -spytałam wchodząc do środka.
-To taka nowa moda. -zaśmiała się i poczochrała po rozczochranych włosach. - Piżmsterem jestem...
-Teraz widzę, że popierdolenie u was jest rodzinne. -powiedziałam śmiejąc się i ściągnęłam buty, kurtkę, a torbę rzuciłam pod ścianę. - Harry jest?
-W pokoju. -machnęła ręką w stronę schodów. - Pewnie wali konia.
-Ze mną już nie musi. -na moje słowa Gemma wybuchła śmiechem i poklepała mnie po cycku (tak jakoś jej się napatoczył).
-Nie mów tego głośno, bo nasza Mama jeszcze nie jest chyba świadoma w pełni, że i ja, i Harry jesteśmy aktywni seksualnie. -szepnęła nachylając się do mnie. - A nie chcę, by zawalił jej się świat.
-No co ty pier... dzielisz? Masz 22 lata, jakim cudem ona może nawet się nie domyślać? Masz chłopaka, to przecież naturalne.
-Pff, gdybyś ty widziała, jak my jej nakręcamy makaron na uszy... -Gemma zachichotała. - Ostatnio jak Harry wrócił do domu napierdolony jak messerschmitt to się mocno zdziwiła, że jej synalek potrafi tyle alkoholu zmieścić. Dobrze, że nie widziała, że został przyholowany przez Zayna. Swoją drogą, jak ten Zayn ogarnął trzech zgonujących? Podziwiam go.
-Oh mówisz o tej imprezie... -kiwnęłam głową wspominając siebie i Carrie z tamtego wieczora. - Dobra, idę do tego debila. A w ogóle, mówiła ci Mama, gdzie idziemy?
-Nie wiem, ukryła to nawet przede mną. Pewnie na jakiś basen, czy coś. -wzruszyła ramionami i jeszcze uśmiechając się do mnie lekko, poszła do salonu. - Mamoooo!! Sky przyszła! -wydarała się jeszcze będąc już w salonie.
Nie czekając już na nic weszłam na górę po schodach i skierowałam się do pokoju mojego chłopaka (lel ale to brzmi dziwnie). Weszłam bez pukania i zastałam zgarbionego Harry'ego siedzącego przy biurku z laptopem, ze słuchawkami na uszach, prawdopodobnie grał w LOLa. Nawet nie usłyszał, że weszłam. Minę miał tak skupioną, jakby miał się zesrać zaraz. Nienawidziłam, kiedy grał w mojej obecności, kiedy ja nie mogłam pograć z nim. Podeszłam do niego i zdjęłam mu słuchawki z głowy, czym się przestraszył, aż podskoczył na krześle.
-Jezuuu! -jęknął głośno wypuszczając powietrze ustami. - Ale mnie wystraszyłaś! Czemu się skradałaś?
-Aż mi się dowcip przypomniał, stary jak świat.
-Dajesz!
-Przychodzi baba z garbem do lekarza, a lekarz do niej "na chuj się skradasz?".
Nastała cisza. Po chwili Harry parsknął takim śmiechem, że tym razem to ja się wystraszyłam. Oparł się o oparcie i wychylił tak mocno, że prawie się wywrócił. Stałam jak ciołek i patrzyłam na niego, z lekkim uśmiechem na ustach. On, wciąż się śmiejąc, wstał z krzesła i objął mnie w biodrach.
-Ty głupku... -szepnął poważniejąc i cmoknął mnie w usta. - Nie wiem co bym bez ciebie zrobił.
-Z pewnością zanudziłbyś się na śmierć. -odpowiedziałam śmiejąc się i specjalnie złapałam go za tyłek. - Specjalnie przyszłam wcześniej.
-Nie dość, że głupia to i zboczona. -nagle Harry zmienił ton na bardziej zaborczy. - Oszaleję przez ciebie. Bez ciebie też. I co zrobić?
-Wyjść z LOLa. -szepnęłam mu na ucho ponętnie.
-Ale kochanie, idziemy właśnie z chłopakami... -zająknął się puszczając mnie. - No kurwa będzie runda, może wygramy!
-Dobra, to idę poruchać się z Gemmą, hm?
-Ja pierdole, czemu to powiedziałaś. -skrzywił się na samą myśl. - Porzygam się zaraz.
Zaśmiałam się i zostawiłam go na chwilę z grą, by mógł się pożegnać. Tak naprawdę nie chciałam się z nim kochać teraz, bo nie miałam zbytniego nastroju, ale po prostu przyszłam do niego, to niech wychodzi z kompa. Mamy coś razem porobić, a nie ślęczeć przy gierce. Usiadłam na łóżku i zaraz potem położyłam się na plecy splatając dłonie pod cyckami. Patrzyłam w sufit i czekałam, aż chłopak do mnie podejdzie. Nie czekałam długo, bo zaraz legnął się na boku opierając się łokciem. Dotknął moich dłoni i delikatnie zaczął smyrać mnie opuszkami palców.
-Pamiętasz nasz pierwszy raz? -rzuciłam bezmyślnie i popatrzyłam na chłopaka. - Kocham go wspominać.
-A czemu? -Harry zainteresował się i przymrużył oczy.
-Bo był właśnie naszym pierwszym razem. Od tamtej pory należymy do siebie. -uśmiechnęłam się i westchnęłam. - Mówiłeś, że potrzebujesz mojej miłości, a ja później prałam ci koszulę.
-To bardzo romantyczne, nie sądzisz?
-Tak bardzo, że cię wyśmieje, właśnie teraz- HA HA HA. -złapałam go za dłoń, którą mnie miział i mocno ścisnęłam jego palce. - A pamiętasz, jak mi grałeś i śpiewałeś? Czemu więcej tego nie robisz?
-Weź mi nawet o tym nie mów. -bąknął i w tamtej chwili to on ścisnął moje palce. - To było straszne.
-Wcale nie! Słodkie i urocze... Mój ty Misiaku Słodziaku.
-Nie oczekuj ode mnie, bym ci śpiewał. Bo nie będę. -warknął rumieniąc się. - I nie mów tak, bo się zerzygam.
-Spróbowałbyś tylko, frajerze, to byś te swoje hatfy zlizywał ze mnie. -złapałam go dłonią za policzki i ścisnęłam tworząc z jego ust dzióbek. Przyciągnęłam go do siebie i cmoknęłam szybko. - Jesteś paskudny.
-No no. -kiwnął głową i poprawił rękę, na której się opierał. - Co cię tak wzięło na wspominki?
-Tak tylko...
-Korzystając z okazji, pamiętam jak byłem u ciebie i kiedy zajmowałaś się mną wpadła twoja babcia. -zaśmiał się i zamknął oczy.
-Harry może chcesz flaków? -zapytałam jak moja Babcia i widząc rozbawienie na twarzy chłopaka sama się roześmiałam.
Nasze śmiechy przerwała nam Gemma, która zapukała do drzwi i nie czekając na zaproszenie, weszła do środka. Nie była już w piżamie, a to był już postęp. Podnieśliśmy się do siadu i z pytaniami na ustach patrzyliśmy na nią.
-Mama woła. Idziemy do SPA! -zaklaskała w ręce jak typowa nastolatka.
-CO!? -Harry mocno się obruszył, warknął i walnął się ręką w czoło. - Nie będę szedł do spa jak jakiś pedał.
-Młody, ale przecież w spa są też normalni faceci. Głównie z powodu seksownych masażystek.
Wydawał się być uradowany tą wiadomością, ale szybko zorientował się, że siedzę obok i się na niego kurwa patrzę. Nie skomentowałam jego zachowania, tylko wstałam i uśmiechając się do Gemmy wyszłam z pokoju Harry'ego. Mama czekała już na dole i nie mogła się zdecydować, którą kurtkę ubrać na siebie, dlatego raz ubierała czarną skórę, a następnie fioletowy płaszczyk.
-Dzień dobry! -przywitałam się wesoło stając na ostatnim schodku.
-Cześć, Sky. -odwróciła się na chwilę do mnie i uśmiechnęła się. - Nie wiem jaką kurtkę ubrać.
-Obojętnie jaką, w jednej i drugiej bardzo ładnie pani wygląda.
-Hohoho... -zaśmiała się udając, że moje słowa to żart. - Harry, słyszałeś? -rzuciła do Harry'ego, który właśnie obok mnie przechodził.
-Hę? -chłopak odkleił się od rzeczywistości i spojrzał na Mamę.
-Tak się właśnie prawi komplementy. Też być mógł czasem... -mówiąc to z uśmiechem na ustach wzięła apaszkę z wieszaka i zdzieliła Harry'ego lekko po głowie. - Ty degeneracie jeden.
-Ej no! -Harry zaśmiał się unosząc ręce w geście obronnym.
-Maaaatka! -Gemma krzyknęła z góry schodów.
-Jest tylko jedna, córko! -odparła pani Styles.
-Zostaw tego gada! -Gemma zbiegła po schodach i klepnęła mnie w plecy. - Od męczenia go jesteśmy my, co nie?
-A jakże. -przytaknęłam Gemmie. - Tylko my potrafimy tak uprzykrzyć życie.
Wystawił mi język biorąc swoją katanę z wieszaka, na co odpowiedziałam tym samym gestem. Zeszłam z ostatniego schodka, aby chociaż trochę zbliżyć się do swoich klamotów. Stanęłam między mamą Hazzy, a Gemmą i w tym samym zobaczyłam błysk flesza. Zdążyłam tylko unieść rękę do góry, na wysokość twarzy.
-Jak dobrze, że 24h/dobę jestem piękna. -powiedziała Gemma z uśmiechem.
-W końcu mam zdjęcie najlepszych wariatów. -Harry patrzył w telefon uśmiechając się do monitora jak głupi do sera.
-Dodaj na fejsa. -pani Styles rzuciła i puściła mi oko.
Zaśmiałam się serdecznie z rozbawienia, ta rodzina była jedyna w swoim rodzaju. Czułam się z nimi swojsko, ciągle były żarty i śmiech. Dom wariatów, po prostu. Harry często mi opowiada o spięciach z mamą i Gemmą, że często mu jest przykro, ale ja wiem, że ta rodzina ma więcej szczęśliwych niż złych chwil. To od razu widać, że tym szaleństwem wyrażają swoją miłość. Bo przecież muszą się kochać. Nie mają nikogo innego na świecie.
-Jeśli nie masz nic przeciwko. -Mama zwróciła się do mnie zakładając płaszcz. - Pojedziemy jeszcze na cmentarz do mojego brata.
-Oczywiście, ja też przy okazji odwiedzę Rodziców.
Zaczęłam się ubierać, ale robiłam to bardzo powoli, bo chciałam jeszcze zamienić słówko z Harrym na osobności. Gemma z Mamą wyszły z domu i zostawiły klucze w drzwiach, a w tym czasie Harry stał i patrzył na mnie milcząc. Gdy tylko skończyłam zawiązywać buta, wyprostowałam się i nie patrząc w twarz chłopaka, wpadłam na jego klatkę piersiową i mocno się w niego wtuliłam. Potrzebowałam tego.
-Sky, co jest? -zapytał zatroskany obejmując mnie rękoma.
Wyprostowałam się, nadal tkwiąc w jego ramionach, patrząc w jego oczy, słuchając jak oddycha i wdychając jego zapach. Uśmiechnęłam się i powoli zaczęłam recytować.
-Tylko z tobą podzielę czas wschodów słońca i wschodów księżyca. Tylko z tobą chcę być aż po ból. Dlaczego -nie pytaj...*
-Sky... -szepnął i z uśmiechem pogładził mnie po policzku. - Nie umiem żadnego wiersza na pamięć, nie potrafię ci tak zaimponować, jak ty mi. Ja potrafię tylko proste kocham cię. Kocham cię.
-I to wystarczy.

*Tylko z tobą Jadwiga Góźdź



Carrie
Od kilku dni chodziłam jakoś strasznie podminowana i nic nie zapowiadało tego, aby miało się to choć w małym stopniu zmienić. Starałam się to wszystko jakoś ogarnąć i przygotować ich na to, co miało już niedługo nastąpić. Przed każdym zaśnięciem ustalałam sobie, co mogę im powiedzieć, jak to wszystko wytłumaczyć. Ale każdego ranka moja gadka z dnia poprzedniego stawała się coraz bardziej beznadziejna. W końcu się poddałam i stwierdziłam, że trzeba postawić na spontan. Zaprosiłam ich więc do siebie, aby powiadomić o całej zaistniałej sytuacji. Musiałam im powiedzieć, że wyjeżdżam.
Stałam przy oknie i niespokojnie przepuszczałam przez palce swoje poplątane ze zdenerwowania włosy, kiedy zobaczyłam jak podjeżdżają kolejno na podjazd przed moim domem. Niall oczywiście podjechał z małym opóźnieniem i był zmuszony do tego, aby zaparkować po drugiej stronie ulicy. Uśmiechnęłam się do siebie i ze ściśniętym gardłem, skierowałam swoje kroki na dół. Czułam dosłownie jak nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Wiedziałam, że mój wyjazd, to nie jest od razu koniec świata. To tylko zamknięcie jakiegoś rozdziału w moim życiu. Musiałam coś zakończyć, aby po tym wszystkim co mnie spotkało móc zacząć żyć od nowa. Zostawić starą i beznadziejną Carrie, a tchnąć szczęście i radość z życia w tą nową osobę, którą chciałam się stać. Trudno było mi ich opuszczać na tak długi okres. Ale musiałam, a oni powinni to rozumieć.
Obserwowałam jak wchodzą z uśmiechami na twarzach, gawędząc wesoło i śmiejąc się w głos. Takich ich uwielbiałam i właśnie w tym momencie zapragnęłam zostać z nimi. Aby było tak, jak jeszcze przed rokiem. Imprezy, spotkania, wagarowanie, leniuchowanie - jednym słowem - korzystanie z życia w 100 %.
Poczułam jak przechodzi mnie zimny dreszcz, kiedy usta Liama wylądowały na moim karku, a jego dłonie oplotły mnie w pasie. Przymknęłam powieki i uniosłam ręke, aby z łatwością dotknąć jego głowy. Chyba nigdy w życiu nie przyzwyczaję się do jego dotyku. Za każdym razem, gdy jego dłonie lądowały na moim ciele, to czułam się tak, jakby robił to pierwszy raz. No ja chyba naprawdę go kochałam i to chyba naprawdę była miłość... Potrafiłam godzinami z rozdziawioną buzią patrzeć na niego i obserwować każdy jego ruch. Czasami wydawało mi się, że mój umysł wyprzedzał podjęte przeze mnie decyzje i próbował zapisać go w mojej głowie w razie, jakbym nie mogła go przez dłuższy czas zobaczyć. Zwróciłam również uwagę na to, iż największym szczęściem dla mnie był dźwięk jego śmiechu. Liam lubił śmiać się z małych i głupich rzeczy. Zachowywał się wtedy jak dziecko, ale kiedy to robił, to ja nie potrafiłam się nie cieszyć. Nie potrafiłam mieć dobrego humoru, kiedy on go nie miał. Każdy jego ból, każda jego krzywda uderzała we mnie ze zdwojoną siłą. Nie zawsze mu to mówiłam, czasami zadawałam głupie pytania i ogólnie... czasami byłam kretynką, ale nikogo nie kochałam tak jak jego. Może się wydawać normalne, że tak mówię, bo ludzie gadają tak z każdym nowym związkiem. Ale mimo moich poprzednich relacji, mimo wielu słów, to ja nigdy się tak nie czułam. Kiedy spotkasz tą osobę, to najzwyczajniej w świecie będziesz o tym wiedziała. Pierdolnie Cię jak grom z jasnego nieba i będzie po Tobie. Oddałabym całe szczęście z mojego życia, aby każdy jego oddech był tylko dla mnie.
- Wejdziesz do salonu? - zapytałam, kiedy już mnie całą obmacał.
- Coś się stało? Tak nagle zadzwoniłaś i zwołałaś rycerzy okrągłego stołu.
- Od kiedy nazywasz siebie i tych pajaców rycerzami? - zapytałam z rozbawieniem, widząc jak Niall kręci gołym tyłkiem przed twarzą Louisa.
- Masz jakiś problem, Księżniczko!? - krzyknął w moją stronę uradowany Louis. - Ja to mam nawet metalowego rumaka. - dodał po chwili i poklepał z każdej strony swój wózek.
- Dobrze widzieć cię w tak dobrym humorze, Tomlinson. - mruknęłam.
Tommo był jedyną osobą, która o wszystkim wiedziała. Moja choroba i jego wypadek sprawił, że staliśmy się sobie niewiarygodnie bliscy. To on mnie namawiał, żeby powiadomić wszystkich trochę wcześniej, a nie zostawiać tego na ostatnią chwilę. Louis ogólnie się zmienił. Niby był wciąż tym samym głupim Louisem, zboczonym i wulgarnym, ale z łatwością dało się w nim zauważyć powagę i w jakimś stopniu dorosłość i odpowiedzialność - no, a nie oszukujmy się, ale to on zawsze powtarzał, że będziemy forever young.
- Tommo poruchał, to i humor mu wrócił. - zaśmiał się Zayn i rozwalił się na sofie jak żaba na liściu.
- Malik, tak się zastanawiam czy wjechał ktoś ci kiedyś wózkiem inwalidzkim w dupsko, ty stary kutafonie.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Nie potrafiłam się nie śmiać, kiedy oni się kłócili, albo przekomarzali ze sobą. Byli tak głupi, ale jednocześnie kochani. Kutasy, hehehehehe.
Przeniosłam swój wzrok na Skylet i Harry'ego. Chłopak właśnie pokazywał coś mojej przyjaciółce na swoim telefonie, a ona ocierała swoje oczy z łez, a potem dalej wybuchała śmiechem. Po chwili śmiali się już oboje. Cieszyłam się, że byli razem. Oboje zawsze tacy zamknięci, szukający czegoś w życiu. Pasowali do siebie idealnie i byłam pewna, że nie jest to przelotny romans. Oni na siebie czekali, tak samo jak ja i Liam.
- Carrie, chyba chciałaś nam o czymś powiedzieć, tak?
Spojrzałam na Louisa, z którego warg zostały wypowiedziane te słowa. Wszyscy momentalnie skupili na mnie swoją uwagę. Nawet Niall podciągnął spodnie i grzecznie usiadł na kanapie. Kiwnęłam głową i oparłam się plecami o ścianę, próbując uniknąć wzroku Liama. Miałam problem z wypowiedzeniem jakichkolwiek słów, bo wiedziałam, że zranię każdą z osób będącą w tym pomieszczeniu.
- Carrie...? - powiedziała niespokojnie Skylet.
Spojrzałam na nią i to wystarczyło. Dziewczyna opadła na oparcie kanapy. My też na siebie czekałyśmy przez długi czas i ten jeden mój wzrok jej wystarczył. Wiedziała, że nie jest dobrze.
- Dobra... - zaśmiałam się nerwowo. - Chciałam, żebyście tutaj przyjechali, bo chcę wam powiedzieć, że wyjeżdżam. Na jakiś czas.
W salonie nastała cisza. Było słychać tylko oddechy poszczególnych osób i wiatr świszczący za oknem. Mogę przysiąc, iż wszyscy słyszeli również nierówne uderzenia mojego serca. Splotłam ze sobą swoje palce i przygryzłam wargę starając się nie dopuścić, aby łzy, które zebrały się pod powiekami, zaczęły spływać po moich policzkach. Wiele bym dała, żeby nie być taką ciepłą kluchą, cholera jasna.
- Na jak długo? - usłyszałam z drugiego końca salonu głos Liama.
Modliłam się, żeby on się nie odzywał. Trudniej było odpowiadać jemu, niż komukolwiek innemu.
- Rok czasu. - powiedziałam cicho i wypuściłam powietrze.
Było ciężko. Naprawdę było ciężko. Oni mało mówili, a z ich twarzy nie dało się wyczytać żadnej reakcji. Chyba każdy z nich próbował to zebrać do kupy i zapisać w głowie.
- Długo. - warknął w moją stronę Liam. Był wściekły.
- Czy to ma związek z twoją chorobą? - zapytała cicho Skylet.
Kiwnęłam głową i spojrzałam prosto w jej oczy. Sky przejechała dłonią po twarzy, a następnie zerwała się z kanapy. Kiedy obie się w siebie wtuliłyśmy już nic nie widziałam. Wzrok przysłoniła mi gęsta mgła moich łez. Prawdą było to, że nie potrafiłam się wyleczyć. W ostatnich dniach ataki powracały i bałam się, że znów przestanę się kontrolować. A na to już nie mogłam sobie pozwolić, nie chciałam niszczyć życia sobie i osobom, które były mi bliskie. Potrzebowałam pomocy od osób, które znały się na tym całym gównie, w którym siedziałam. Nagle poczułam jak oplata mnie większa ilość rąk. Niall, Zayn i Harry dołączyli do Skylet. A kiedy poczułam czyjąś głowę pod swoją pachą, to wiedziałam, że i Louis się dokulał. Brakowało tylko jednej osoby. Tej najważniejszej i najdroższej mojemu sercu. Podniosłam wzrok i rozejrzałam się po salonie. Z wielkim bólem w sercu zorientowałam się, że Liama nie ma w pomieszczeniu.


Liam
Wybiegłem z domu Carrie trzęsąc się ze złości. Nie potrafiłem się opanować, dlatego czym prędzej opuściłem lokal bez słowa. Podszedłem stanowczym krokiem do swojego auta i wsadziłem ręce do kieszeni, aby wyjąć kluczyki. Ale dłonie trzęsły mi się tak kurewsko mocno, że nie mogłem złapać breloczka.
-Kurwa. -wymamrotałem przez zaciśnięte zęby. - Kurwa, ty pierdolony skurwielu, wyciągnij te jebane klucze i otwórz ten zajebany samochód.
Odwróciłem się za siebie, by sprawidzć, czy nikt za mną nie wyszedł, ale na szczęście na razie było cicho. Pewnie nadal przytulają się jak jakaś jedna wielka zajebana rodzinka, oh kurwa jacy oni są słodcy, zaraz się porzygam i zjem swoje rzygi i znowu się zerzygam. Pierdoleni kutasiarze!
W końcu wyciągnąłem te klucze i z impetem otworzyłem drzwi, wsiadłem do środka i trzasnąłem. Niech te śmierdzące auto też poczuje troche bólu. Wsunąłem klucz do stacyjki i przekręciłem go, samochód odpalił i zaraz szybko ruszyłem z piskiem opon. Jak dobrze, że to automat i mogłem pierdolić zmienianie biegów. Jechałem przez Londyńskie ulice niczym pirat, nie zwalniając, nie zważając na nikogo, gnałem przed siebie, byleby tylko jechać, wyjechać w pizdu i zostawić wszystko za sobą. W tamtej chwili dobrze rozumiałem Zayna, bo sam miałem ochotę rozjebać szybę jakiegoś samochodu, a potem nonszalancko zapalić papierosa, którego mogłem popić Jackiem Danielsem. Ja pierdole!
Co ona sobie myślała?! Że tak po prostu mi powie, że  wyjeżdża? Tak se haha chodźmy w tulaska hihi bo wyjeżdżam jejku smuteczeg. Nie! Raz w nią zwątpiłem i ją straciłem. Nie chcę popełnić drugi raz tego błędu. Kurwa mać! Zacząłem uderzać ręką w kierownicę, aż parę razy zatrąbiłem. Nie chciałem, żeby wyjeżdżała. Boże Święty.
Gwałtownie zahamowałem i zjechałem na pobocze podmiejskiej drogi, włączyłem awaryjne i schowałem twarz w dłoniach, opierając się na kierownicy. Zacząłem płakać jak małe dziecko, głośno łkając i nie powstrzymując swoich łez. Trząsłem się cały, jakbym był na głodzie. Tak naprawdę bardzo się bałem. Bałem się pozostać sam, bez niej, bez jej obecności i oddechu, słodkiego uśmiechu i mądrych rad. Byłem przytłoczony. Nie potrafiłem dać jej odejść, nawet jeśli tylko na rok. Jeśli? Co ja pierdole! AŻ na rok! Gdyby tylko była zdrowa, gdyby tylko lekarze potrafili się o nią zatroszczyć w odpowiedni sposób to by nie musiała wyjeżdżać.
Chwila.
Kurwa mać!
Wyprostowałem się z nowym gniewem żarzącym się w moim sercu. Ten pierdolony skurwiel! Ten doktor Creevey! To on zamiast się zająć jej bulimią, zajmował się nią według własnych zachcianek. On przecież chciał się dobrać do mojej dziewczyny. MOJEJ DZIEWCZYNY.
Szybko wrzuciłem na wsteczny i wycofałem na pas prowadzący do miasta. To się kurwa doktorek zdziwi, kiedy złożę mu wizytę. Zabiję gnoja, zapierdole za to, że przez jego niekompetencje Carrie musi wyjechać i tułać się po świecie i to jeszcze bez należytej opieki. Oh niech ja go tylko dorwę, niech dostanę tylko jego piękną mordę w swoje ręcę! Zmiażdżę mu ten pusty łeb i naszczam mu do oczodołów.
Była 17, jasno na niebie, doktorek pewnie będzie miał dużo pacjentów w szpitalu. Ale to lepiej, niech dowiedzą się prawdy o tym zboczeńcu. Mocniej przyciskałem pedał gazu, tym samym mocniej zaciskając palce na kierownicy. Chciałem być jak najszybciej na miejscu i dorwać tego faceta.
Po parunastu minutach szaleńczej jazdy, po których technicznie rzecz biorąc powinienem się uspokoić, dojechałem na miejsce. Zaparkowałem na parkingu i pobiegłem do wejścia taranując po drodze jakiegoś mężczyznę. Chuj na to kładłem, przecież mogłem się śpieszyć do rodzącej żony. Otworzyłem z impetem drzwi i opadłem zmachany na blat recepcji.
-Szukam doktora Creevey'a. -wysapałem.
-Jest w swoim gabinecie, przyjmuje pacjentów. Piętro 2, pokój 148.
Nie podziękowałem, tylko szybko odszedłem w stronę schodów. Nie będę pierdolić się z windą, musiałem jak najszybciej dobrać się do niego. Obraz zaczął mi się zamazywać przed oczami, czasami miałem tak, gdy stan mojej wściekłości sięgał zenitu. Pokonywałam po 3 schodki w niesamowitej prędkości, aż dumy byłem ze swojej formy.
Wszedłem na korytarz. Szybko zlokalizowałem biuro Creevey'a, do którego skierowałem swoje kroki. Nie czułem strachu przed konsekwencjami, ani też strachu przed samym doktorkiem. Może będę żałować tego, ale chuj tam w to. Pchnąłem drzwi i zastałem Creevey'a siedzącego za biurkiem, sprawdzał coś na laptopie.
-Przepraszam, ale mam przerwę, coś mi się laptop psuje... -powiedział i spojrzał na mnie.
-Chuj mnie to obchodzi. -warknąłem i trzasnąłem drzwiami.
Dalej poszło już jak z górki. Mężczyźnie najwyraźniej zabrakło języka w gębie, bo siedział tylko z otwartymi ustami i patrzył na to, co robię. Obszedłem jego biurko i złapałem go za koszulę jednocześnie przyciskając do fotela.
-Wiesz, kim jestem?! -warknąłem.
Nie odpowiedział.
-Odpowiedz kurwa!
-Nie!
-To ja ci powiem, skurwysynie. -mocniej ścisnąłem palce i wbiłem kostki boleśnie w jego mostek.
Napierałem tak mocno, że krzesło na kółkach podjechało do ściany i się o nią oparło.
-Miałeś niedawno pacjentkę - Carrie Evans - która ci się, kurwa, podobała. -wysyczałem przez zamknięte zęby pochylając się nad nim jeszcze mocniej. - Jestem jej chłopakiem. I wiesz co? Zajebie cię za to, że nie potrafiłeś jej wyleczyć. Dotknij jej jeszcze raz... Zbliż się do niej...
-Ale ona nie chciała pomocy! -zająknął się osiągając pizdusiowaty ton głosu. - Nie chciała przyjść na prywatne konsult...
-Bo nie chciała obciągać twojej małej fujary, gnido. -dopchnąłem go do ściany i wyprostowałem się, puszczając jego ubranie. - Mam nadzieję, że zgnijesz, spierdolino.
Splunąłem na podłogę przed nim i stanowczym krokiem wyszedłem z biura. Nagle pociemniało mi przed oczami, poczułem się słabo i całkowicie bez odwagi. Mruganie nic nie pomogło, dlatego po omacku rzuciłem się w stronę schodów. Wszystko zaczęło zamazywać mi się nawet w pamięci, umyśle, tak jakbym był ciałem, ale nie duszą. Jakbym kurwa zgonował. Nie wiem, czy to wynik skoku adrenaliny, mojego chojrakowania i niesamowitego gniewu, czy po prostu już totalnie spierdolił mi się mózg.
Ocknąłem się w centrum Londynu. Wtedy zorientowałem się, że jadę do Carrie, a drogi przebytej autem od szpitala do momentu, w którym oprzytomniałem, kompletnie nie pamiętam. Jakim cudem przejechałem bez szwanku, nie wiem, ale wiedziałem, że jestem kurwa szczęściarzem. Szybko zajechałem przed dom dziewczyny i zgasiłem silnik. Co jej niby miałem powiedzieć? Kurwa, jestem idiotą. Moje napady złości są irracjonalne, dlaczego się tak zachowuje? Jebana zazdrość. Wysiadłem z samochodu i nawet go nie zamykając podszedłem ścieżką do drzwi wejściowych. Nie musiałem pukać, bo drzwi otworzyła mi zapłakana Carrie.
-Znowu odszedłeś ode mnie w momencie, w którym najbardziej ciebie potrzebowałam. -rzuciła beznamiętnie, chociaż myślałem, że nic nie powie.
-Carrie, ja... -starałem się wymyślić sensowną wymówkę, ale nic nie przyszło mi do głowy.
-No co? -pociągnęła nosem i podparła się pod boki.
Może i była chora. Ale była silna. Moja Carrie...
-Przepraszam. Nic nie jest w stanie wytłumaczyć mojego zachowania. Jestem po prostu cholernie o ciebie zazdrosny. Cholernie w tobie zakochany. -westchnąłem i spuściłem głowę. - Od początku byłem... Ale teraz, jeśli nie masz nic przeciwko, jestem tu dla ciebie. Bądź silna, bezzmiennie, jak byłaś i jesteś.
Zawiesiłem głos i podniosłem dłoń do twarzy, przetarłem kciukiem i palcem wskazującym kąciki oczu. Cała wcześniejsza agresja ze mnie wyfrunęła, nie było we mnie ani krzty gniewu. Tylko smutek i żal. Żałowałem nawet, że w tym moim amoku napadłem na doktorka, ale tak bardzo kocham Carrie. Uniosłem wzrok na dziewczynę, która stała z zagryzioną wargą.
-Jesteś wszystkim, co mam. -szepnąłem. - Kocham cię. Zawsze będę i nawet ten twój głupi wyjazd tego nie zmieni.
Z moimi słowami, Carrie wpadła mi w ramiona i mocno przytknęła swoje wargi do moich. Trzymałem w swoich objęciach cały świat i nie miałem zamiaru go wypuścić.


Niall
Wtorek. Szkoła. Kurwa mać. Przed zgniciem w klasie ratowała mnie wizja wieczornego spotkania z chłopakami u Liama oraz wizja nie tak dalekich już wakacji. Harry z Carrie na matmie pilnie siedzieli i robili zadania, nawet nie dali się sprowokować. Carrie to rozumiem, ale Harry?! Mój jedyny i najlepszy kompan do opierdalania się w szkole zabrał się za poważne uczestniczenie w lekcji. Może powinienem pójść za ich przykładem i chociaż na koniec roku się ogarnąć? W końcu już za rok koniec szkoły, egzaminy i studia. Mama lekarz, tata lekarz, syn imbecyl. Świetna rodzina. Ale tak na poważnie to chyba faktycznie pora zacząć ogarniać kuwetę, przecież nie będę zarabiaćna życie dając dupy na ulicy.
Miałem iść do domu, już witałem się z wyjściową furtką ogradzającą szkołę, kiedy to poczułem ciało na swoich plecach. Znajomy zapach i śmiech od razu poinformowały mnie o tym, kto na mnie zawisł. Była to moja... dziewczyna. Amy.
-Zgadnij kto to? -zaświergotała irytującym śmiechem.
-Sądząc po wadze to chyba sumo. -bąknąłem niezadowolony, a dziewczyna zeszła ze mnie i poprawiając swoją torbę stanęła naprzeciwko mnie.
-Dzięki wielkie, wiesz. -mruknęła krzyżując ręce na piersiach.
-Idę do domu. -powiedziałem wskazując drogę w prawo od furtki. - Jestem strasznie zmęczony, nie możemy zobaczyć się później?
-Właściwie to chciałam już teraz z tobą porozmawiać. -zaczęła idąc w lewo, czyli w kierunku swojego domu. Jęknąłem niezadowolony, bo wiedziałem, że będę musiał odprowadzić ją do domu, a potem zapierdalać podwójną długość do swojej chaty. - Dlaczego nie odzywasz się do mnie?
-Mógłbym zapytać o to samo. -odpowiedziałem oschle równając z nią chód.
-Ale to ty jesteś moim chłopakiem. -sięgnęła do mojej ręki, którą zaraz mocno ścisnęła.
-Nie myłem rąk po wyjściu z kibla. -rzuciłem od niechcenia, a ona z obrzydzeniem zabrała swoją dłoń. Dokładnie taki efekt chciałem uzyskać.
-Obrzydliwy jesteś. -syknęła przybierając formę standardowej Amy. - Ale wracając do tematu... Chciałam ci powiedzieć, że ostatnio miałam spięcie z pewną osobą, którą znasz i po prostu! Ręce opadają. Głupia szmata miała czelność... Ah!
Patrzyłem na nią jak sama siebie nakręca i zaczyna nawijać o tym, jak z jakąś laską gdzieś tam się poszarpała. Znając Amy wiedziałem, że jest skłonna do skopania jakiejś dziuni dupska. Dlatego jej opowieści słuchałem ze średnim zainteresowaniem, patrzyłem na sklepy, obok których przechodziliśmy. Akurat napatoczył się mi pod oczy Kebab House, u którego z chłopakami uwielbialiśmy jeść jeszcze za czasów, jak mieliśmy po 15-16 lat. Wiem, że jedząc kebaba osiedlasz araba... Kiedyś nie lubiłem ciapatych i akurat wtedy poznałem Zayna. Wiadomo, że ma Pakistańskie korzenie i bardzo nie podobały mu się moje słowa rzucane pod jego adresem. Burzliwe były początki naszej znajomości. Napięcie urosło do tego stopnia, że praliśmy się po mordach. No ale wtedy byliśmy mali, jednen i drugi strasznie kozaczył, aż w końcu oboje trafiliśmy na izbę przyjęć i moja mama zszywała mi ranę na środku głowy, a Zaynowi ranę na nodze. Przy tym dostaliśmy niesamowite kazanie, które pamiętam do dziś. Od tamtej pory nie czuję uprzedzenia do jakiejkolwiek rasy dopóki jakiś jej przedstawiciel nie robi mi nic złego lub moim bliskim. A Zaynem jesteśmy przyjaciółmi na śmierć i na życie, bo też właśnie wtedy zaczęła tworzyć się nasza paczka przyjaciół.
-Ale bym ojebał kebaba. -powiedziałem przechodząc obok witryn i drzwi, z których ulatniał się smakowity zapach. Tym razem musiałem obejść się smakiem.
-Niall, czy ty mnie w ogóle słuchasz? -usłyszałem pretensjonalny głos Amy i spojrzałem na nią.
-Ta, słucham.
-I wiesz w ogóle kto to się na mnie rzucił wtedy?!
What are you pierdoling about? Nie wiedziałem, czy to była pułapka i już mi powiedziała, kto się rzucił na nią i sprawdzała tylko, czy słuchałem, czy kurwa co. Zmieszany tylko wzruszyłem ramionami.
-Ta cała... Floriana. -wypowiedziała jej imię z grymasem, jakby z trudem i obrzydzeniem przechodziło jej przez gardło. - Jebana cipa, kurwa, jak ja jej nienawidzę. Jakbym mogła to bym jej murzyńskiego kutasa wsadziła w dupsko.
Zatrzymałem się i patrzyłem na tego rudzielca z niedowierzaniem. Byłem pewny, że kłamała, bo Flo na pewno nie rzuciłaby się na Amy z pięściami czy z czymkolwiek. Na domiar złego Amy przegięła pałę tym co powiedziała i w jaki sposób wyzwała Flo. W tamtej chwili po prostu mnie trafiło pytanie co ja robię jeszcze z tą dziewczyną? Wszystko, co moi kumple o niej mówili było prawdą, a ja durny "zakochany" broniłem rudej piękności, jakby była aniołem.
-Jesteś pierdolnięta czy pierdolnięta? -zapytałem, gdy na mnie popatrzyła.
-Co proszę?! -krzyknęła, a jej oczy rozszerzyły się do rozmiaru pięciozłotówek.
-To co słyszałaś. -bąknąłem. - W tej chwili właśnie zrozumiałem, że moi przyjaciele mieli rację co do ciebie. Jesteś straszną szmatą, wiesz Amy?
-Jakakolwiek bym nie była, nie masz prawa tak na mnie mówić!
-A ty masz prawo nazywać Flo w taki sposób?
-Więc właśnie to cię tak zabolało. -uśmiechnęła się z satysfakcją. - Bardzo dobrze. Świetnie. Idź sobie do tej całej Flooo i chuja jej w morde wsadź.
-Jedynie to tobie mogę. -warknąłem. - Powinienem był już dawno to zrobić. Zerwać z tobą, bo ten związek nie miał sensu od początku.
-Myślisz, że tego nie wiem? -zaśmiała się. - Nie bez powodu zdradzałam cię na prawo i lewo, będąc przy tobie tylko dla profitów.
ŻE. CO. KURWA? Ja chyba śnię. Przez cały czas trwania tego związku byłem notorycznie zdradzany?
-Spierdalaj. -powiedziałem tylko i odwróciłem się na pięcie.
Nie interesowało mnie już to, co miała mi do powiedzenia. Wystarczyło tylko tyle. Chyba powinienem czuć się paskudnie i w pewnym stopniu się czułem, ale przeważało u mnie uczucie ulgi. Kamień spadł mi z serca, kiedy zrozumiałem, że raz na zawsze moja relacja z tą kurwą się skończyła. Chłopaki mnie spieją, że tyle czasu trzymałem się jej kiecy, a ona miała na mnie wyjebane i się puszczała. Chociaż może okażą trochę serca i nic nie powiedzą. W każdym bądź razie to koniec. Mogłem spokojnie sobie żyć z chłopakami i z Carrie i Sky... A co do Flo. Mimo, że czułem do niej miętę, nie chciałem póki co zaczynać nowego związku. Musiałem odpocząć od przywiązania do kogoś, który swoją drogą mnie tak dogłębnie skrzywdził.
Stanąłem przy kebabnie. Spojrzałem na szyld, zaciągnąłem się powietrzem pachnącym mięsem i uśmiechnąłem się.
-No, w nagrodę opierdole sobie kebaba.


Harry
Liam podobno miał jakiś powód, by nas do siebie zapraszać. Powiedział, że baby mają swój babski wieczór, a więc my możemy zrobić sobie męski wieczór. Piwo, boczek i jakiś mecz. To to ja rozumiem! Przyjechaliśmy wszyscy jednym autem, bo Louisa tato zgodził się nas podwieźć. Pomogliśmy Louisowi wsiąść na wózek i już razem skierowaliśmy się do drzwi wejściowych. Wszyscy byli jacyś milczący, zakładam, że mieli dużo do powiedzenia i chcieli poczekać na... zebranie rycerzy... okrągłego stołu...
Liam otworzył nam drzwi i z radością nas przywitał. Jednak przy wejściu powstał jakby mały korek, głównie ze względu na Louisa, który chciał wjechać pierwszy przy okazji taranując nas wózkiem.
-Kurwa, co ty się tak pchasz jak gówno na mróz?! -wrzasnął Zayn.
-Goń się, jestem inwalidą, mam pierwszeństwo!
-Ha-ha. -zironizował Zayn. - Myślałem, że wjedziesz mi w dupsko wózkiem.
-Chciałem, ale w twoim wypadku byłaby to przyjemność... pedale.
Właśnie w taki sposób przywitaliśmy się wszyscy z Liamem. Poszliśmy do kuchni, wzięliśmy piwo, talerze z tłustym mięsem, musztardy no i chleb. Potem przemieściliśmy się do Liamowego salonu, w którym już grał telewizor. To znaczy wielka plazma.
-Gdzie starzy? -Niall zapytł Liama rozsiadając się dupą w fotelu.
-Na górze. Każde w swoim gabinecie. Raczej nie będą nam przeszkadzać dopóki będziemy w miare cicho.
-Sie wie, szefie. -odpowiedział blondyn i z radością zabrał się za otwieranie naszych piw otwieraczem.
Chwilę zajęło nam ogarnięcie się i usadowienie się w taki sposób, aby nie ujebać skórzanej kanapy, pięknego, zdobionego stolika, rzadkiego dywanu z jakiegoś zwierza, ani też parkietu. Kurwa u Liama zawsze to wszystko było takie sterylne i zadbane. Z resztą, nic dziwnego, skoro mają swoją gosposie i kupe kasy. Takim ludziom sukcesu tylko się zazdrości, ale ja tam na przykład miałem wyjebane na to, ile Liam ma kasy. Dla mnie i tak jest spierdolonym kucem.
-Liam. -zaczepiłem go, kiedy żułem kawałek boczku. - Gdzie cię wczoraj wyjebało jakbyliśmy u Carrie?
-Kurwa, szkoda gadać. -odparł wkładając do ust widelec z nadzianą na nim karkówką. - Wiecie, trochę się wkurwiłem.
-Trochę bardzo. -wtrącił Louis maczając kiełbasę w musztardzie.
-Odjebałeś coś jak ja? -zapytał rozbawiony Zayn.
-Gorzej.
Wszyscy zatrzymaliśmy się z jedzeniem i popatrzyliśmy na naszego kumpla. Jak to "gorzej"? Przecież tu Zayn był mistrzem w odpierdalaniu szalonych rzeczy po złych wydarzeniach.
-Wiecie... Jeździłem po Londynie trochę za szybko i tak myślałem, dużo myślałem.
-Oho. W twoim wypadku myślenie faktycznie powoduje dużo szkód. -stwierdził Niall, na co wszyscy się roześmialiśmy.
-Morda w dupe, żryj kupe, jebako. -Liam machnął widelcem w kierunku Nialla i opowiadał dalej. - Stwierdziłem, że to, że Carrie wyjeżdża jest winą tego doktora Creevey'a. Mówiłem wam, że był na nią ciepły.
-Ciepły tak samo jak Ryan na Harry'ego? -Zayn spojrzał na mni i parsknął śmiechem, a za nim cała reszta, razem z Liamem.
-Czekaj, czekaj, co kurwa? -burknąłem marszcząc brwi.
-Nie wierzę! Hahaha! -Louis jebnął mnie w ramię. - Cała szkoła wie, a ty nie?!
-Ale co ja mam wiedzieć. Ej no chłopaki, kurwa.
-Przecież Ryan jest gejem. -Zayn wykrztusił pomiędzy salwami śmiechu. -Kolegujesz się z gejem!
No cóż. To by wyjaśniało to wszystko. Na przykład akcje w aucie, w której proponował mi trójkąt. Albo za każdym razem, jak idzie obok mnie idzie maksymalnie blisko i prawie się o mnie ociera. Dobra, rozumiem, że Sky się z nim koleguje, bo może, ale czy czasem Ryan nie chciał przez nią dobrać się do mnie.
-Dzięki. -powiedziałem odkładając widelec na talerz.
-No to kiedy prawda wyszła na jaw, mogę kontunuować. -Liam odchrząknął i mówił dalej. - W tej całej mojej furii doszedłem do wniosku, że to jego wina.
-I pojechałeś do niego? -zapytał Lou.
-Tak.
-Ale jaja... -Niall powstrzymał atak śmiechu i wsadził do buzi boczek zatykając się na amen.
-Poszedłem do niego do gabinetu, wziąłem go za szmaty i mówie: "wiesz kim ja jestem?", a on nic, to ja "kurwa, odpowiedz!", a on na to "nie wiem!".
-Hahaha, mam dowcip! -parsknąłem śmiechem. - Muszę go opowiedzieć, bo mi się przypomniał.
-W tej chwili, stary? Serio? -Liam był wyraźnie niepocieszony.
-Tak, bo przez Sky nauczyłem się mówić sytuacyjne kawały. -poprawiłem się na sofie i przygotowałem do opowiedzenia dowcipu. - Jest nowy pracownik w firmie, co nie, jakiś tam Kowalski na posadzie menadżera zarządzającego jakimś tam małym oddziałem. Pierwszy dzień pracy, a tu chuj, nie ma rano kawy. Bierze telefon leżący na biurku chcąc zadzwonić do sekretarki i drze się do słuchawki: "Kurwa! Gdzie jest moja jebana kawa?!". Słyszy po drugiej stronie męski głos: "Wiesz z kim rozmawiasz? Z SZEFEM FIRMY, TY GNIDO!". Na co facet: "A ty wiesz z kim, kurwa, rozmawiasz?!", "Nie!", "No i bardzo dobrze!"
Kiedy skończyłem wszyscy zaczęli się śmiać. Niall śmiał się aż tak bardzo, że zaniósł się powietrzem, a przecież miał w gębie boczek, dlatego pochylił się nad talerzem i śmiejąc się wypluł na wpół przeżute jedzenie. Tak. Faceci są tacy obrzydliwi. Nawet dziewczyny. Wiem to, bo Sky mi mówiła.
-Oh ty chuju, jebany. -powiedział Zayn jeszcze podśmiewając się lekko i ocierając łzy z oczu. - Dobra, Payne, mów.
-No. I ja mówię wtedy... -chłopak nie mógł się powstrzymać i zaśmiał się. - Ok. Ok. Spokojnie. I ja mówię wtedy, że jestem chłopakiem jego byłej pacjentki na którą miał ochotę i przez niego i jego brak kompetencji nie może wyjść z choroby. Trochę go tam poturbowałem... Nie przeczę. Ale mam nadzieję, że nie wniesie żadnego pozwu, czy innego chuja, bo wtedy będę miał przejebane.
-Niewątpliwie. -Lou przytaknął i wziął butelkę piwa. - A kiedy Carrie jedzie?
-Po zakończeniu roku szkolnego. -odpowiedział. - I wraca też na wakacje.
-Jak ty sobie bez niej poradzisz? -zapytał Niall odkładając widelec na pusty już talerz.
-Jakoś będę musiał. -Liam wzruszył ramionami i zamilkł, by móc zjeść swoje jedzenie.
Przez parę minut oglądaliśmy w skupieniu mecz. Nikt nic nie mówił, właściwie to tylko bekaliśmy po piwie, ale tak to było cicho. W końcu Niall przerwał oglądanie meczu.
-Amy mnie zdradzała.
-CO!? -krzyknęliśmy wszyscy jednocześnie.
-Dzisiaj z nią zerwałem i...
-Aaaaalelluja! Aaaaalelluja! -Zayn gwałtownie wstał z sofy śpiewając pieśń bynajmniej nie z jego religii. - Dzięki Bogu, w końcu wysłuchał mych modlitw i Niall poszedł po rozum do głowy!
-... Powiedziała mi, że mnie zdradzała.
-Nie przejmuj się nią. Przecież to kurwa pustak. -stwierdził Lou. - Twarz nieskalana inteligencją...Oczy tęskniące za rozumem.
-Dokładnie tak, Horan, nie ma co drążyć tematu. -Liam skwitował.
-No wiem, kurwa, przecież. Ale i tak trochę żal.
-Masz Flo. -powiedziałem i wszyscy mi przytaknęli.
-Póki co nie chcę z nikim być. -blondyn wzruszył ramionami. - Zayn, chcę wykupić członkostwo w twoim klubie singli.
-Spierdalaj. -Zayn sięgnął po piwo i wypił parę potężnych łyków. - Nie chcę nawet o tym mówić. -i znowu przyssał się do butelki.
-Ok. Może zaczniemy mówić o czymś przyjemnym? -Niall zaproponował.
-Eee... -Lou poprawił się na swoim wózku i przejechał po nas spojrzeniem. - Spałem z Erin.
Reakcja Zayna była bardzo... ciekawa. Bynajmniej dla Liama. Zayn aż tak bardzo był zaskoczony tym, co powiedział Lou, że aż wypluł zawartość swoich ust prosto na Payne'a, który siedział na preciwko niego. Posraliśmy się ze śmiechu, a zły Liam nic nie powiedział, tylko wyszedł z salonu.
-Tylko nie pobij jakiegoś doktorka po drodze! -krzyknąłem za nim i znowu zaczęliśmy się śmiać.
Po opanowaniu się i wypiciu kolejnych łyków piwa, Lou wznowił.
-Ale nie uprawiałem z nią seksu.
-Kurwa! -Zayn krzyknął. - Przez ciebie zmarnowałem tyle piwa na tego fagasa!
-Spała u mnie i miałem spać na materacu, a ona do mnie, żebym przyszedł do łóżka i przytuliła się do mnie. Ona zaś zerwała z Vincentem. Dołączy do waszego klubu singli.
-Ciepła jest na ciebie. -skomentował Niall. - Jak Creevey na Carrie, jak Ryan na Stylesa.
-Puknij ją.
-Sam się puknij w łeb, Malik. -warknął Lou. - Wolałbym puknąć Daphne.
-Uuuuuu!! -zawyłem z Niallem, a Zayn tylko się zaśmiał.
-Droga wolna. Swoją drogą, kiedy dostaniesz protezę? Mama pytała.
-Za jakiś miesiąc ma przyjść ta robiona specjalnie dla mnie. Myślę, że na koniec wyskoczymy na jakąś imprezę.
-No w końcu! -Zayn szczerze się ucieszył. - VIPy znowu w akcji.
W tej chwili przyszedł przebrany Liama. Patrząc groźnie na Zayna stanął przy stole i wziął do ręki butelkę piwa.
-Wstawajcie. Skoro VIPy są znowu w akcji, należy się stosowny toast, co? Za VIPów.
Podnieśliśmy dupy, nawet Lou wspierając się na mnie i Liamie, wstał. Unieśliśmy piwa do góry i z uśmiechem na twarzy powtórzyliśmy za Liamem. Za VIPów.


KONIEC SEZONU DRUGIEGO 

+

UWAGA KONKURS
Mam dla Was konkurs. Polega on na wymyśleniu swojej własnej postaci drugoplanowej. Do 1 października napisz mi na maila - poliwka.daria@gmail.com jak miałaby nazywać się Twoja postać, jakby wyglądała (jakieś zdjęcie możecie podesłać), ile miałaby lat i z kim chcielibyście ją powiązać. Do tego, napiszcie LIST Waszej postaci do kogo tylko pragniecie, oczywiście w stylu tych, co my piszemy tutaj. Dodajcie też krótki konspekt tego, co by ta postać robiła w 3 sezonie.
Najlepsza postać będzie postacią drugoplanową w 3 sezonie.

Pozdrawiam serdecznie!